Załoga składnicy, mimo utrzymywanej gotowości bojowej, została częściowo zaskoczona gwałtownym i bardzo silnym ogniem niemieckim. Major Henryk Sucharski rozkazał ogłoszenie alarmu bojowego. Żołnierze w pośpiechu obsadzali przygotowane pozycje obronne. Kiedy, w chwilę po ustaniu ostrzału pancernika do ataku ruszyła niemiecka piechota, polscy obrońcy byli już na swoich stanowiskach. Szacunkowo można ustalić, że w pierwszym ataku piechoty brało udział ponad 200 żołnierzy.
Główny ciężar natarcia wychodzącego od nasady półwyspu, przyjęły na siebie placówki: „Fort”, „Prom” i „Wał”, a także Wartownia nr 2. Pozostałe polskie punkty oporu nie znalazły się na głównym kierunku niemieckiego natarcia. Były one jednak ostrzeliwane przez ciężkie karabiny maszynowe wroga, rozlokowane w budynkach po drugiej stronie kanału portowego, w Nowym Porcie.
Skuteczny, flankujący ogień polskiej ciężkiej i ręcznej broni maszynowej, wspartej później przez moździerze, zadał nacierającym niemieckim plutonom poważne straty. Dodatkowo, przemieszczanie się w gęsto zalesionym terenie, utrudniały napastnikom przygotowane w tajemnicy i zamaskowane przez obrońców: potykacze, przeszkody terenowe i zasieki z drutu kolczastego. Niemcy mieli wielu rannych i zabitych i mimo kilkakrotnie ponawianego silnego wsparcia artyleryjskiego z pancernika Schleswig-Holstein, nie byli w stanie przełamać polskiej linii obrony i zostali zmuszeni do wycofania się na pozycje wyjściowe. Tego dnia o godzinie 8.55 Niemcy przypuścili jeszcze jeden szturm, w którym przypuszczalnie wzięło udział około 150-170 żołnierzy. Tym razem byli jednak ostrożniejsi, posuwali się wolniej, lepiej wykorzystując osłony terenowe. Nie uchroniło to ich przed stratami - natarcie załamało się w ogniu broni maszynowej Wartowni nr 1, nr 2 i nr 5, a także placówek: „Wał”, „Fort” i „sierżanta Deika”. Oddziały niemieckie ponownie cofnęły się i okopały na wysokości Mewiego Szańca.