Jako najstarsza córka musiała się zajmować młodszym rodzeństwem, gdy jej mama pracowała, by utrzymać liczną rodzinę. Zostali wyrzuceni z mokotowskiego mieszkania i musieli się przenieść do innego, na Czerniakowie – odtąd żyli w jeszcze trudniejszych warunkach. W styczniu 1942 roku zmarła mama Wandy. Mimo domowych obowiązków i bardzo dużej odpowiedzialności jak na piętnastoletnią dziewczynę, nadal starała się uczyć; jednocześnie bardzo chciała się włączyć w działalność konspiracyjną, pomagać żołnierzom i cywilom.
Pierwsze zadanie, zlecone jej przez 22. Drużynę im. Księdza Skorupki na Grochowie, polegało na zbieraniu informacji o niemieckich wojskach: ich uzbrojeniu, stopniach wojskowych. Razem z innymi dziewczynami obserwowały ruchy niemieckich jednostek i notowały dokładne dane, które później mógł wykorzystać polski wywiad. Przeszła szkolenie wojskowe. Brała udział w małym sabotażu:
„To była bardzo dobra szkoła zespołowej współpracy. To była podstawa tego, co było później w powstaniu” – wspomina.
Podnoszenie na duchu żyjących w strachu mieszkańców okupowanej Warszawy sprawiało jej dużą satysfakcję. Była też kolporterką „Biuletynu Informacyjnego”, a w ramach akcji „N” dostarczała Niemcom listy ostrzegające, że w przypadku niezaprzestania działalności zostaną wykonane na nich wyroki śmierci. W ramach tajnych kompletów zaliczyła trzy klasy. Przerwała naukę, kiedy jej brat został aresztowany przez Niemców i najważniejsze stało się wyciągnięcie go z Pawiaka.
W końcu dostała przydział jako łączniczka na 1 sierpnia.
„[…] Moim zadaniem, jako łączniczki, w pierwszych dniach powstania, to było obserwowanie przez okno, co się dzieje […]. „Hubert” [Aleksander Kamiński, ps. Hubert, autor książki Kamienie na szaniec] […] mnie wysłał, dał mi zadanie, żebym biegła ulicami, rozdawała ulotki dla ludności wydrukowane wcześniej i obserwowała, co się dzieje, jaka jest sytuacja, gdzie są walki, gdzie już jest spokój”.
W swoich wspomnieniach często wraca do losu zwykłych warszawiaków, którzy wspierali powstańców.
„Miałam w powstaniu różne, świadczące najwspanialej o ludności cywilnej, przeżycia. To był bardzo piękny moment. Ale to dopiero zapowiadało się to, co potem się działo, bo było i strasznie, i było tak pięknie, że chyba nikt, kto nie przeżył nie może sobie tego wyobrazić”.
W końcu dostała broń. Do końca powstania była strzelczynią-łączniczką. Zanosiła meldunki, budowała barykady, przenosiła sprzęt, a kiedy było trzeba – strzelała do Niemców.
„Ja wspominam ludność cywilną jako główną bohaterkę powstania. […] Kiedy my żeśmy zaczęli, oni całkowicie wsparli nas i wszystko, co pamiętam z powstania najserdeczniej, najcieplej, to właśnie postawę ludności cywilnej” – podkreśla.
Najstraszniej wspomina kapitulację:
„Dla mnie kapitulacja była najgorszą rzeczą, jaka może spotkać żołnierza. Myśmy planowali jakimiś kanałami wyjść na Wilanów, jakieś straszne rzeczy. I dowódca przyszedł, i powiedział, że to nie jest sztuka zginąć, a zginiemy na pewno. Tylko trzeba przetrwać, wrócić do kraju”.