Po aresztowaniu Janiny jej rodzice przenieśli się do Szczecina z powodu nękania przez UB. Wraz z nimi wyjechał „Zeus”. Rodzice byli obecni na jej procesie. 8 marca 1947 roku „Jachna” otrzymała dwukrotną karę śmierci. Po wyborze Bieruta na prezydenta wyrok zmniejszono do 15 lat. Rodzice walczyli o jej zwolnienie. Wielokrotnie, wbrew jej woli, prosili o łaskę. W 1948 roku rodziców aresztowano pod zarzutem przynależności do nielegalnej organizacji. Siedzieli przez siedem miesięcy.
„Tak się o nich martwiłam” – wspomina córka. – „W więzieniu nie martwiło się o siebie, tylko o tych, co pozostali na wolności. Wiedziałam, że to, co ich spotyka, to z mojej winy. […] O sobie nie myślałam. Na to się zdecydowałam i z tym się pogodziłam”.
W więzieniu w Fordonie najgorsze były pierwsze miesiące. Karcer „to była cela w piwnicy, ciemna, tylko cement, żadnej pryczy, taboretu, nic. Drzwi otwierały się tylko raz, rano, i dawano kawę. Potem siedziało się cały czas w ciemnicy jak kret, na zimnym betonie. Minimalna kara to była doba. Najczęściej zamykano na czterdzieści osiem godzin”. Osoby z wysokimi wyrokami były izolowane w zimnej suterenie. Chorowały na zapalenie oskrzeli, płuc, stawów, odmrożenia. Praca, przy której czas szybciej płynął, była nagrodą. „Jachna” pracowała w hafciarni, robiła na drutach, skubała wełnę, wciągała po schodach taczki z gruzem, prała na tarze. W 1954 roku trafiła do Inowrocławia. Tam pracowała w kuchni. Wstawała przed świtem, wracała wyczerpana niemal nocą. Dostęp do książek był bardzo utrudniony. „Kiedy się dopadło do gazety, to czytało się ją w całości, łącznie ze spisem dyżurów aptek, tak bardzo byłyśmy spragnione słowa pisanego”. Widzenia były raz na miesiąc, na 15 minut; dwa listy w miesiącu i jedna paczka; listy można było trzymać przy sobie tylko trzy dni, potem trafiały do depozytu. Ziemniaki na sucho wydawano tylko w święta.
W więzieniu o zaostrzonym rygorze w Inowrocławiu spędziła dwa lata (1953–1955). Jedna z trzech dziewczyn w celi była donosicielką. Nigdy nie płakało się przy koleżankach, bo nastrój jednej wpływał na pozostałe. Najwyżej w nocy, w poduszkę. „Jachnie” bardzo pomagało jej podejście do życia. „Były dziewczyny, w tej grupie i ja, które starały się uśmiechem, żartem pokonać te straszne czasy. […] Były dziewczyny, które wpadały w depresję”. „Niektóre Panie były dużo starsze […], wykształcone. Organizowałyśmy sobie „tajne nauczanie”. Te, które znały języki, uczyły inne. […] Słówka zapisywało się na kostce mydła, zapamiętywało i pisało następne. […] Byłyśmy jak rodzina. […] Opiekowała się mną żona „Radosława”, Hanna Mazurkiewicz. […] Matkowała mi. […] Najtrwalsze przyjaźnie są z lat szkolnych i z lat trudnych. […] Te przyjaźnie to najcenniejsze, co dało mi więzienie. Przetrwały […]. Nie tracimy się z oczu”.
Na karę wieloletniego więzienia, a nawet śmierć, skazywano także ciężarne. Rodziły w więzieniu. Dziecko mogły mieć przy sobie tylko pół roku. Dobrze, gdy trafiało do rodziny; gdy jej brakło – do domu dziecka.
„Dla mnie najtrudniejsze momenty to […]: czas aresztowania rodziców, choroba taty i jego śmierć (lipiec 1955 roku)”.
Matka powiedziała jej o tym dopiero na wiosnę 1956 roku. Mimo starań rodziny, nie przyznano przerwy w wyroku z powodu choroby nowotworowej ojca, jego pogrzebu czy pierwszej operacji matki; stało się tak dopiero przy drugiej. Był maj 1956 roku. „Odwilż” dotarła do więzień. „Jachnie” zmniejszono wyrok do 10 lat. Wyszła na półroczną przerwę. Miała 30 lat.
Odebrał ją kolega ze Święcian. Następnego dnia przyjechał „Zeus”. Pojechali do matki do Szczecina. Uczyła się chodzić – „Zeus” zabierał ją na spacery, żeby poprawiła kondycję. Przebadała się. Stwierdzono 35% ubytku zdrowia. Czuła się zagubiona. Życie zdawało się toczyć obok. Czuła się pusta. Brakowało jej jakiegoś ważnego celu. Dzięki pomocy adwokata Witolda Lisa-Olszewskiego, przedłużono jej przerwę w wykonywaniu kary o kolejne pół roku. W 1957 roku zawieszono karę na dwa lata. Mogła podjąć pracę i znalazła cel: nauczanie. „[…] Pamiętałam, jakie znaczenie ma nauczyciel dla późniejszego życia”. Lubiła „trudne” dzieciaki, a one to czuły – organizowała zajęcia, dawała uwagę. Było dużo biedy, zaniedbania. Jednocześnie studiowała w Studium Nauczycielskim, potem – w Wyższej Szkole Pedagogicznej (WSP) w Opolu. W 1961 roku urodziła syna Mariusza. Do chrztu trzymała go „Lala”. W 1963 roku Janina obroniła pracę magisterską - z Baczyńskiego. Następnie wykładała na WSP metodykę nauczania języka polskiego. Lat więzienia nie spisywała na straty.
„My w więzieniu byłyśmy bardziej wolne niż społeczeństwo poza kratami, nam już nie groziło zamknięcie [śmiech]”.
Nie było w niej niczego, co Herbert nazywa „narcyzmem cierpiących”. Nie obnosiła się „z tym, co było dla niej ważne, co przeżywała”. Wolała przedstawiać fakty. „Kto nie przeżył, nie zrozumie.” Sierpień 1980 roku ją zaskoczył. Sądziła, jak Tadeusz Borowski: „Zostanie po nas złom żelazny i głuchy, drwiący śmiech pokoleń”. W 2004 roku przejrzała swoje akta. „Chodziłam do IPN-u jak do pracy i siedziałam po osiem godzin. Wracałam kompletnie chora. […] czułam się tak, jakbym na nowo za kraty wróciła”.
O sobie mówiła, że jest z pokolenia, które unikało odświętnych słów. A jeśli już, to stojąc przed plutonem egzekucyjnym, jak „Zagończyk” i „Inka”, którzy umierali z okrzykiem „Niech żyje Polska!”.
Fascynuje.
Zapytana, czy mając 20 lat, nie myślała, by uciec od takiego losu, odpowiedziała z powagą, ale i spokojem:
„Przysięgłam «być wierną Ojczyźnie mej, Rzeczpospolitej Polskiej, stać nieugięcie na straży Jej honoru i o wyzwolenie Jej z niewoli walczyć ze wszystkich sił – aż do ofiary życia mego»”.