List kmdr. Romana Rakowskiego ws. wystawy pt. „Nasi chłopcy. Mieszkańcy Pomorza Gdańskiego w armii III Rzeszy” — Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku

Przejdź do treści
MIIWŚ
  • Wystawa głównaDzisiaj zamknięte
  • Kasy muzeumDzisiaj zamknięte
Westerplatte
  • Wystawa w Elektrowni10:00 - 16:00
  • Kasy muzeum10:00 - 15:15
24.07.2025

List kmdr. Romana Rakowskiego ws. wystawy pt. „Nasi chłopcy. Mieszkańcy Pomorza Gdańskiego w armii III Rzeszy”

List kmdr. Romana Rakowskiego ws. wystawy pt. „Nasi chłopcy. Mieszkańcy Pomorza Gdańskiego w armii III Rzeszy”

W ostatnich dniach szeroko komentowana była nowa wystawa pt. „Nasi chłopcy. Mieszkańcy Pomorza Gdańskiego w armii III Rzeszy”, przygotowana przez zespół muzealników i historyków z Muzeum Gdańska, Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku i Centrum Badań Historycznych PAN w Berlinie. Głos w dyskusji zabrali przedstawiciele różnych środowisk – politycy, historycy, publicyści oraz internauci.

 

Wczoraj otrzymaliśmy list napisany przez kawalera Orderu Virtuti Militari, komandora w stanie spoczynku, Romana Rakowskiego. Publikujemy jego treść za zgodą autora, wierząc, że stanowi on ważny głos w toczącej się debacie. Komandor Roman Rakowski przeżył II wojnę światową, a wraz z nią momenty niezwykle trudne. Jego życiorys to wzór patriotyzmu, odwagi i oddania Polsce. Opinia komandora, wypływająca z ponad stuletniego doświadczenia życiowego, jest dla nas szczególnie cenna.

 

Fot. Komandora: Dominik Paszliński / www.gdansk.pl

 


 

Poniżej prezentujemy pełną treść listu oraz jego skan.

 

„…w dniu 11 lipca 2025 roku, miałem przyjemność i zaszczyt uczestniczyć w wernisażu wystawy czasowej „Nasi chłopcy. Mieszkańcy Pomorza Gdańskiego w armii Ili Rzeszy". I wobec olbrzymiego szumu medialnego i ja jako ponad 101-letni Kawaler Orderu Wojennego Krzyża Srebrnego Virtutti Militari V kl. i Krzyża Walecznych, żołnierz Szarych Szeregów, Związku Walki Zbrojnej i Armii Krajowej, Kedywu i 993W, Inwalida Wojenny I Gr., a z zawodu radca prawny, chciałem zająć stanowisko i wypowiedzieć się publicznie. 


Po pierwsze jednak, chciałbym bardzo podziękować i pogratulować twórcom wystawy Muzeum Gdańska, Muzeum li Wojny Światowej, Centrum Badań Historycznych Polskiej Akademii Nauk w Berlinie (Zentrum fur Historische Forschung Berlin) i jego kuratorom dr Andrzejowi Hoi i dr Januszowi Marszalcowi, za podjęcie tego bardzo trudnego i bolesnego tematu i stworzenie tej wystawy czasowej. 


Urodzony na Podhalu, żyjący przed wojną w Krakowskim, w Galicji nie miałem i pewnie dzięki Bogu tego typu dylematów, ba życiowych rozterek i w konsekwencji dramatycznych wyborów, jak mieszkańcy Pomorza, Kaszubi i Kociewiacy. Kto wie pewnie nieubłagany los, może spowodował, iż strzelałem do wrogów w niemieckim mundurze, być może pochodzących z Pomorza. Może i tak było. Tak, wykonywaliśmy wyroki Wojskowych Sądów Specjalnych za zdradę, za przestępstwa popełniane na szkodę Państwa Podziemnego, w tym bandytyzmu. Ale co ciekawe i dla mnie bolesne, za zdradę wykonywaliśmy taki wyrok na oficerze służby stałej Wojska Polskiego, a nie na mieszkańcach Pomorza wcielonych siłą do Wermachtu. 


Po tym jak w latach SO-tych odmówiłem zawodu sędziowskiego wyjechałem jako radca prawny do Człuchowa, Chojnic, gdzie miałem okazję jako wychowany w Galicji, spotkać się z tym z czym zmagali się mieszkańcy Pomorza. Z tym jak byli zsyłani do obozów koncentracyjnych, jak byli wysiedlani i zsyłani na roboty do Niemiec, jak płacili własną krwią za to, że byli mieszkańcami tych ziem. Słuchałem o Piaśnicy, Szpęgawsku o lntelligenzaktion skierowanym przeciwko intelektualnej elicie - podobnie jak Sonderaktion Krakau. Były też bolesne opowieści, gdy rodziny musiały dokonywać „wyboru" pomiędzy dalszym życiem rodziny i jej wszystkich członków, czy wstąpienia przez synów do Wermachtu.

 

W Czersku, spotkałem mieszkańca który opowiadał mi o 1939 roku i następnych latach okupacji i losach jego rodziny. Niemcy wkroczyli do Czerska, a 7 września rozpoczęły się aresztowania, inteligencji, robotników wg list proskrypcyjnych. 37 więźniów zostało wywiezionych do lasu Rytel pomiędzy Czerskiem i Chojnicami i tam zostali rozstrzelania. Był to przykład tego czego mogą spodziewać się Pomorzacy i Kociewiacy dalej. W 1940 roku, Niemcy zażądali od matki by oddała majątek inaczej zostaną wywiezieni do powstałego obozu. Nikt nie widział co to za obóz, ale przerażeni ludzie już mówili o KL Stutthof. Matka była przerażona miała dwóch synów w wieku 14 i 16 lat - gimnazjalistów, a Niemcy czekali by w końcu podpisała DVL 3: "Eingedeutschte", albo odda majątek. W końcu, synowie dostali karty do Wehrmachtu za cenę pozostania matki i siostry na miejscu. Mój rozmówca, który właśnie był w Wermachcie, opowiadał mi, że chodził ulicami Lwowa (może i ja go spotkałem we Lwowie będąc w konspiracji, może minęliśmy się na jednej z ulic), i że szedł powoli by nacieszyć ucho polską mową i może po raz ostatni (kto to wie?) porozmawiać po polsku, choć parę słów. Obaj chłopcy przeżyli wojnę wrócili, ale obaj byli inwalidami, płacąc ceną zdrowia, za nie swoją wojnę w nieswojej armii. Taka jest prawda o Pomorzanach w niemieckich mundurach. Nie podaję specjalnie nazwiska, bo też i nie chcę by przez moje świadectwo następne pokolenie mogło doznać potępienia, ze strony „prawomyślnych" obywateli. Później mieszkając w Gdańsku, spotkałem się z tak wspaniałymi ludźmi jak śp. kpt Henryk Bajduszewski, czy śp. kpt Wacław Butowski, którzy wcieleni siłą do Wermachtu zbiegli przez linię frontu z narażeniem życia by dostać się do Armii Polskiej na zachodzie jeden do gen. Andersa, a drugi do gen. Maczka i oboje walczyli pod zmienionymi nazwiskami w obawie przed konsekwencjami dla pozostałej rodziny na wypadek wpadnięcia ponownie w niemieckie ręce. To tutaj poznałem wspaniałego Kociewiaka mjr prof. Stefana Raszeję, partyzanta TOW „Gryf Kaszubski/ Gryf Pomorski", który opowiadał mi o złożonej historii swojej rodziny i dramatycznej cenie, którą przyszło im zapłacić.

 

Bo wtedy na Pomorzu to był inny świat. To był Reich, ziemie anektowane do Ili Rzeszy. A różnica była ogromna. Bo w Generalnym Gubernatorstwie, będąc w AK, mogliśmy spotykać się w kawiarni, czy restauracji i rozmawiać po polsku. Na Pomorzu j. polski był zakazany. My będąc w partyzantce, mogliśmy liczyć na pomoc mieszkańców wsi i miasteczek - Polaków, na Pomorzu prawie 170 tys. Polaków wysiedlono, a na ich miejsce przywieziono Niemców Bałtyjskich. My przedzierając się lasami mogliśmy liczyć na pomoc polskich leśników, znających dukty i przejścia, na Pomorzy byli leśnicy niemieccy. To właśnie na Pomorzy jeździły po lasach Jagdkommando złożone z SD i żandarmerii. W GG tego nie było. I taka to była ważna różnica. Piszę o tym, bo jest to ważne by uzmysłowić innym w jakich warunkach żyli tutaj mieszkańcy Kociewia, Kaszub - Pomorza. To oni musieli wybierać pomiędzy śmiercią synów w znienawidzonym mundurze gdzieś na foncie wschodnim czy zachodnim, a życiem reszty rodziny, albo wywiezieniem do KL Stutthof czy Potulic. Nawet w zgarniętym przez sowietów Lwowie nie było tego co na Pomorzu.


I tak, to byli NASI CHŁOPCY, chłopcy matek, ojców, sióstr i braci, którzy siłą wcieleni do wrogiej armii próbowali w ten sposób ratować życie bliskich. Bo to byli ich chłopcy z imienia i nazwiska nie jacyś z innej planety. Tak jak nasi chłopcy z Podhala, z Krakowskiego i Lwowa. 
Bo NASI CHŁOPCY z Krakowskiego i innych miejsc SĄ TAK SAMO NASI, jak Cl z Pomorza, Kaszub czy Kociewia. Bo Polska ma wiele córek i synów i jest jedną matką dla nich wszystkich. 


I dzisiaj haniebnym jest odmawianiem im imion i nazwisk, zamiatanie tej krwawej historii „pod dywan". Haniebnym jest odmawianie im czci i pamięci, za cenę ich krwi ich odpowiedzialności za rodzinę. I jako żołnierz Armii Krajowej biorący udział w walkach z bronią w ręku, odnoszący rany na polu walki i ten który przeszedł więzienie NKWD we Lwowie powiem: łatwiej jest pisać piórem niż własną krwią, łatwiej jest się przechwalać i wystawiać oceny, nie być w zagrożeniu życia swego i bliskich. Łatwo siedząc w wygodnym fotelu przy herbacie, szermować czyimiś życiem i krwią niż własną, mówiąc jak z perspektywy lat trzeba było się zachować. To nie wirtualna gra, to prawdziwe kule, prawdziwe pociski, prawdziwa krew, prawdziwa śmierć i prawdziwy strach. Dlatego mówiło się w AK: ,, nie bądź głupi nie daj się zabić". Trzeba było być w ich butach, w tamtym miejscu i czasie, w tamtych konkretnych sytuacjach by podejmować takie czy inne decyzje. 


Jak powiedział Błogosławiony Stefan Kard Wyszyński - Prymas Polski, kapelan AK, „łatwo jest umierać za ojczyznę , trudniej dla niej żyć" . Zaś to co dzieje się wokół wystawy to tylko polityczna hucpa, na grobach ludzi, którzy tyle wycierpieli, w imię sondażowych słupków i taniej popularności, nie mające nic wspólne z znajomością historii tych ziem. Raz jeszcze gratulując, odwagi w stworzeniu tej wystawy, życzę byście Państwo stali na straży prawdy i człowieka bez względu na cenę. Bo jak mówił do mnie w latach SO-tych, mój mentor - Pomorzanin, więzień Dachau, sędzia Bramorski - pamiętaj nie możesz giąć się jak trzcina.

Cenimy Twoją prywatność
Używamy opcjonalnych plików cookie, aby zapewnić najlepszą funkcjonalność strony. Jeśli odrzucisz opcjonalne pliki cookie, stosowane będą wyłącznie pliki cookie niezbędne do funkcjonowania strony. Więcej informacji znajduje się w naszej polityce prywatności